Lokalizacja: Strona główna >> Sprzęty PRL >> Odbiorniki radiowe
Odbiorniki radiowe
Oboje z mężem, a raczej nasi rodzice mieli odbiorniki Marta, fajne radyjka z magnetofonami. Odbierały dość czysto, choć oczywiście nadal monofonicznie. Aż pewnego dnia w naszych domach pojawiło się najnowsze cudo myśli technicznej stereofoniczny radioodbiornik typu „Kasprzak”. Było to dość duże radio z magnetofonem na środku i dwoma głośnikami po bokach. Za każdym razem gdy złapało się coś w stereo, zapalało się magiczne czerwone światełko. Niestety radość w naszych domach trwała krótko. Gdyż magnetofony te były bardzo wadliwe i niedługo po zakupieniu zaczynały szwankować obroty silników, także kasety grały zbyt wolno lub za szybko. Naprawy były bardzo drogie i nie dawały większego rezultatu na dłuższą metę. W międzyczasie można już było kupić bardzo dobrej jakości sprzęt „Unitry”, ale był on tak drogi, że rzadko kogo było na niego stać. Rodzice męża kupili mu na osiemnastkę radio tej firmy i dodatkowo dokupili do niego kolumny, a był to wówczas koszt około dwóch pensji. Podobnie rzecz się miała ze sprzętem domowego użytku. W naszych domach oczywiście nie zabrakło pralek typu „Frania”. Oboje z mężem, mieliśmy wersje z metalową, ciężką jak diabli wyżymaczką do wykręcania prania w komplecie. Nakładało się to na pralkę i kręciło korbka. W ten sposób można było wyżąć pranie. Mieliśmy też popularne nieco później „wędrujące wirówki”. Podczas wirowania trzeba było pilnować, żeby wirówka nie wyszła z łazienki. Stało to na takiej podstawie z gumy i podczas pracy stawało się mało przyczepne do podłoża. Oczywiście w obu naszych domach były też bardzo podobne sokowirówki. Straszliwie głośne i hałaśliwe maszyny, które wyciskały sok z owoców i warzyw. Zapomniałam napisać, że wtedy soków z owoców czy warzyw raczej nie można było kupić, owoce tez rzadko bywały. Oczywiście obie nasze rodziny przerabiały te same odbiorniki telewizyjne. Począwszy od czarno białego ametystu, poprzez kolorowe rubiny aż do elektronów. Jedno z nas zdążyło też nabyć polskiego walkmana „Kajtka”. Było to duże kanciaste stworzenie z dużą otwierana klapką na kasetę. W żadnym razie nie przypominało swoich zagranicznych prototypów. Ja miałam tez adapter Babino z głośniczkiem w pokrywie. Mój mąż miał więcej szczęścia, bo miał stereofonicznego „Cyryla” z samoistnie nakładaną rączka na płytę. Oboje też mieliśmy w domach sławetne bardzo głośne i często psujące się młynki do kawy. Wyło to na cały dom, ale za to jak pachniało... Mój młynek namiętnie psułam mieląc w nim cukier na cukier puder. Sprzęt grający i domowy w prl-u nie był zbyt ładny, ale za to bardzo trwały. Takie radio, czy magnetofon nie mówiąc już o pralce służyło przez kilka ładnych lat, a kupienie nowego egzemplarza, czy modelu było prawdziwym świętem i dużą radością na bardzo długo.
Tagi: ciekawostki, wspomnieniaReklama
| poznań apartamenty | windykacja wrocław | pozycjonowanie poznan |